Pokolenie Ikea
RSS
środa, 16 maja 2012
Komputer

- Raaaatuj chłopie - Ufo zaszlochał w słuchawce.

- Kto jest Twoim panem?

- Ty!!!

- No dobra co się stało?

- Internet siadł, to próbowałem go naprawić, kombinowałem z opcjami, ustawieniami karty sieciowej, portami, później próbowałem wyłączyć, długo się wyłączał, to nie wytrzymałem i baterię wyciągnąłem, później wcisnąłem power, to się nie włączał, a jak się włączył to...- Ufo coś się zaplątał. 

- Tak?

- Wyświetla coś niebieskiego i mówi o jakichś dziwnych rzeczach. O zasilaniu mówi.

- I co ja ci na to poradzę?

- Robiłeś mi router - rzucił oskarżycielsko.

- Ej, ej. Router to ja ci stawiałem w chacie trzy lata temu. Okres gwarancyjny minął.

- Weź przyjedź!

- Nie.

- Mam Chivasa.

- Mam zaległe odcinki piątego sezonu Mad Mena - odparowałem..

- Dam Ci plakat Christiny Hendricks

- NIE!

- W bieliźnie!

- Ni chuja.

- Postawię ci jeszcze pizzę.

- Nie!

- Bądź kolegą!!!

-....

----

Na ekranie Della Vostro się świeciło 0x0000009F, driverpowerstatefailure. W życiu trzeba było wiedzieć kiedy należy powiedzieć pas. Więc nalałem sobie Chivasa. Spojrzałem krytycznie na szklankę i dolałem jeszcze raz. A później zadzwoniłem do Kudłatego, który był zasadniczo autystyczny jak każdy informatyk ale czasem dawało się z nim dogadać.

- Co chce? - głos po drugiej stronie nijako rokował, ale z Kudłatym ciężko wyczuć.

- Kolega ma problem z komputerem.

- To wiem. Inaczej byś do mnie w sobotę nie dzwonił. Ja się pytam jaki problem.

- Sieć nie działa i wyświetla się BSoD.

- Kod błędu?

- 0x9F.

- A macie coś do picia? - zapytał.

- Chivasa.

- Może od biedy być. Zazwyczaj takich szczyn nie pijam ale dziś zrobię wyjątek.

--- 

- Macie fart - stwierdził kiedy wlazł. - Byłem z nową laską na wyjątkowo chujowej imprezie. Co za czerstwi ludzie , sami ekonomiści.

Kudłatemu na a widok BSoda oczy rozświetliły się szyderczo, pokręcił głową z niesmakiem. Usiadł na kanapie, pogłaskał obudową, zupełnie, jakby dziecko uspokajał i z nim rozmawiał.

Popatrzył na nas, jak na rodzinę patologiczną.

- Wyjść i nalać - zakomenderowa.

Kiedy wróciliśmy, pokrzepiwszy się przy okazji w kuchni aby Kudłatemu się lepiej pracowało komputer wydawał się działać.

- No i co mu było? - zapytałem zaciekawiony.

- Nic takiego, natomiast internet się muli i dostęp do wspólnego dysku szwankuje. Gdzie tu macie serwer?

UFO posłusznie zaprowadził Kudłatego do małego pokoju.

Kudłaty obejrzał krytycznie biurko.

- Dawno ci się tak dzieje z netem?

- Czas jakiś.

Kudłaty omijając tumany kurzu, sięgnął ręką za biurko skąd wyciągnął podpięty do modemu router. Antenkę skierował na drzwi pokoju.

- No idź, idź alienie. Zobacz czy Ci net hula.

UFO pogalopował.

- Co jest? - zapytałem.

- Pewnie przy sprzątaniu zrzucili router, one mają krótkie fale, czasem robi się martwy punkt w odbiorze sygnału.

- Imponujące. A tak z czystej ciekawości, co powiedziałeś lasce że wychodzisz z imprezy? - zapytałem.

- Jak to co? Że mnie pilnie z pracy wezwali - wzruszył ramionami.

Tagi: konsorcjum Kudłaty UFO
18:38, pokolenieikea
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 maja 2012
Jechałem wczoraj 750 km

750 km po naszych drogach to przyjemność równa wsadzeniu sobie butelki po mleku w tyłek i pojechaniu w tej pozycji po kocich łbach z prędkością 80 km na godzinę.

Radio. Amen. Nie dziękuję. Dlaczego odbiera tylko RMF? I Zetka? Dlaczego nie ma Eski Rock? Ok. Może być RMF. Co to jest? Oceana Endless Summer. Ale kartofle po schodach. To ma być hymn euro??? No dobra niech będzie.

750 km po francuskich drogach dajmy na to sobie można machnąć bez problemu.  Po niemieckich też, chyba że chodzi o okolice Monachium.

We Włoszech też było spoko. Ale z drugiej strony - jak się zastanowić - pokręciłem kierownicą - to jak się wrąbałem w korek na włoskiej autostradzie to z niego cztery godziny wyjechać nie mogłem. A na stacjach benzynowych takie kolejki były, że się wjechać nie dało.

O pani szuka stopa??? Nie zimno pani w tej krótkiej kiecce i 12 cm obcasach? No biust to pani ma potężny trzeba to przyznać ale czy należy go od razu cały pokazywać? Co pani robi na tym poboczu? Przecież nie wypełnia tutaj PIT -ów idioto!!

Nawiasem mówiąc ciekawe jak wygląda jej grupa docelowa??? No jak to jak? Ponieważ drogami od chuja i ciut jeździ samochodów, więc, przeciętnym klientem jest ktoś kogo a) stać na samochód, b) stać na paliwo, c) stać na dziwkę, d) ma bardzo wysokie stężenie testosteronu i tolerancję na grzyby.

W sumie to bym coś zjadł? Makaron z borowikami i truflami na przykład. Risotto na szpiku wołowym?

Oceana Endless Summer po raz szósty, ja pierdolę miejcie litość. Może jednak Radio Maryja. Tam przynajmniej jest LOL - content.

14 zł za autostradę? Co za kurwa zdzierstwo.

Stacja Orlenu. Kanapka z kurczakiem? Może być i z kurczakiem. Po co mi była ta kanapka?? Sam kurwa majonez. Straszne paskudztwo. I jeszcze to potworna buła jakby z chleba tostowego zrobiona. Wyjątkowy badziew.

Na szczęście jest kawa. Nie no też do kitu. A co to? Kupon na piłkę??? W dupę sobie wsadźcie tę piłkę - dajcie mi dobrą kawę do nędzy!!! Czy u nas nie można otworzyć czegoś takiego jak włoski Autogriill??? Tam przynajmniej kawa jest dobra.

Znowu 14 zł???? Panie Kulczyk już wiem skąd się bierze Pańska fortuna. Szkoda że ja nie mam podobnego talentu do kasy. Przepraszam pewien talent mam, wydawanie idzie mi całkiem nieźle.

W pewnym wieku dobrze zdać sobie sprawę ze swoich ograniczeń. Nigdy nie pierdolę opisu na cztery strony w stylu: „jesienny liść zamigotał setkami barw a parkiem szła ona i podszedł on a na jej rzęsach zamigotała łza”.

Ale z drugiej strony -  jestem po 30 tce a dopiero się rozpędzam. Pierdolę będę jak Paul Cézanne. On pierwszą wystawę miał dopiero po 50 tce nie?

PS. Czekam na mandaty. Mam szansę na dwa.

Tagi: auto
16:55, pokolenieikea
Link Komentarze (8) »
sobota, 12 maja 2012
Remont

 Wybiła 20.15.

- Marian! Zrób coś z tym na dole! - wyskoczyła na Mariana jego żona.

- Czym na dole? Mam się ogolić? - odpysknął.

- Masz pamięć jak kura! Mówiłam ci, że pod nami mieszka jakiś nowy cieć, słoik w mordę walony z Pszczyna czy Buczyna!!

- I co z tego?

- Remontuje tą swoją klitę już drugi tydzień. Od poniedziałku warczy, buczy, kuje i wierci. Coś tam ciężkiego pracuje, nie wiem, może walec???

Walec nie wierci - chciał odpysknąć Marian, ale ugryzł się w jęzor.

Wzruszył tylko ramionami. Ktoś widocznie musi doprowadzić chałupę do stanu używalności. Normalna rzecz.

- Człowieku! Weź zrób coś z tym, bo ja zwariuję, albo się wyprowadzę. On tak do 22 potrafi.

- Matka ma rację. Ostatnio tam chyba jakiś młot udarowy pracuje, spokojnie seriali oglądać się nie da, nawet na słuchawkach - poskarżył się syn Mariana.

I on przeciwko mnie. Marian czuł na sobie brzmienie posiadania rodziny. Kurwa, czy oni wszyscy są ubezwłasnowolnieni? Kobity chciały równouprawnienia - mają, bachory chciały być samodzielne - proszsz, niech będą.Ot żona - poszłaby, pogadała, załatwiła, jeżeli tam siedzi brygada nobów-robotników, to przecież łatwiej kobita się z nimi dogada niż facet. Obnaży się tu i tam, ładnie poprosi i zaraz posłuchają.

- Ty masz wszystko w dupie, bo siedzisz w robocie i cię nigdy nie ma! - ton rozmowy podniósł się o 1 i zaczął zbaczać na niebezpieczne tematy. Za dwa zdania prawdopodobnie będzie płacz i wkurw.

Marian unikał jak mógł płaczących kobiet. Był na to za delikatny. I strasznie go to wkurwiało.

- Dobra. Pójdę sprawdzić co się tam dzieje - mruknął.

- No, nie można było od razu?

Niewolnicy systemu, Marian to, Marian tamto, blablabla.

W kapciach i granatowym szlafroku, tak jak stał, tak poszedł z wizytą do sąsiada.

Pewnie jakaś poczciwina chce doprowadzić do porządku gniazdko, planuje tu pomieszkać, założyć rodzinę, ruchać się bez pamięci i nawet zacząć nie może, bo żona Mariana ma problem.

Stanął przed drzwiami lokalu nr 3. Całkiem fajne drzwi, antywłamaniowe, solidne.

Użył dzwonka - nie działał.

Zaczął pukać.

Zza drzwi dobiegało - RRR, TRRRT, RRRRRRR, RRRRRRRRRRRRRRRRRRRRR.....

Marian nie był z tych którzy się zniechęcają. Spokojnie i metodycznie zaczął napierdalać w drzwi pięścią.Po minucie zaczął się zastanawiać, czy nie przynieść młotka. Będzie trochę jak impreza techno.

Młot ucichł.

Drzwi otworzyły się i wyjrzała zza nich twarz ryjoskoczka - dość długi nos, sterczące uszy, wybałuszone oczy, podarta koszulka. Za ryjoskoczkiem widać było tumany kurzu.

- Tak?

- Dzień dobry, jestem sąsiadem, mieszkam nad panem. Marian - wyciągnął rękę, żeby się przywitać.

- Dzień dobry.

Ręka Mariana wisiała jeszcze w powietrzu, ale nieobjęta i nieodwzajemniona zaczęła się cofać.

Chwila ciszy była dość kłopotliwa.

- Chciałem zapytać, czy długo jeszcze będzie pan tak wiercił?

- Aż skończę.

- Jest dość późno.

- Godzina policyjna jest o 22.

- Tak, ale generalnie w u nas obowiązuje regulamin, roboty ciężkie można robić do 19.

- Nie robię ciężkich robót, roboty ciężkie to budowa autostrady, ja tylko wiercę ściany.

- Panie! To się po całym bloku niesie! - adrenalina ruszyła do krwioobiegu, powodując nagły wzrost ciśnienia w uszach i złości.

Ryjoskoczek zmierzył Mariana od stóp po głowę.

- Pan to może prawnik jesteś?

- A żebyś pan wiedział - Marian zaczął się rozważać możliwość wyciągnięcia ryjoskoczka zza drzwi i obicia mu ryja.

- Tak myślałem - mruknął - To pozwij mnie pan! - Ryjoskoczek szybko się cofnął, drzwi zamknęły się z hukiem.

- Chamie zbolały spod Grójca - odmruknął Marian - jeszcze sobie pogadamy.



Tagi: konsorcjum Marian
08:39, pokolenieikea
Link Komentarze (4) »
piątek, 11 maja 2012
Dowcip

- To jest źle zrobione - stwierdził autorytatywnie Marian.
- Sam jesteś źle zrobiony - warknęła Marlenka.
Siedzieliśmy w sali konferencyjnej.

- Gustaw! -  Marlenka i Marian wrzasnęli niemal jednocześnie domagając się od szefa interwencji.
- Czarny? - zapytał Gustaw.
- Co ja? Ja nic nie wiem na  temat tej sprawy - wzruszyłem ramionami.
- To jej/jego wina- wrzasnął znów Marian z Marlenką wskazując na siebie palcami.
- Czarny opowiedz dowcip!
- Po co????
- Dla rozluźnienia atmosfery!! - Gustaw mocno zaakcentował ostatnie słowo.
- Że co?

Marian z Marlenką patrzyli na siebie niczym dwa wściekłe psy w trakcie walki w klatce.
- No, pani nauczycielka pyta w szkole Jasia i Małgosi kim dzieci chcą być jak dorosną.  Małgosia mówi, że chce być lekarzem, Tomek że bankowcem a Justysia bo była wyjątkowo słabująca na rozumie stwierdziła, że chce być prawnikiem - pozezowałem na Marlenkę i Mariana. - A Jasiu stwierdził, że chce być menelem.
- Menelem? - zapytał Gustaw.
- Menelem - potwierdziłem. - Nie będę miał kredytu na mieszkanie, bo będę mieszkał pod mostem - powiedział. Nie będę miał kredytu na samochód, bo nie będę miał samochodu. Nie będę kupował ubrań, bo znajdę je na śmietniku albo dostanę od organizacji charytatywnych itd. I za 20 lat Jasiu stoi na tarasie swojego luksusowego apartamentu na ostatnim piętrze na nowojorskiej piątej alei, odpala kubańskie cygaro grubości ręki niemowlaka, w swoim szytym na miarę garniturze, pachnąc stworzonymi na zamówienie perfumami z jego nazwiskiem na butelce i mówi: COŚ MI W ŻYCIU KURWA NIE WYSZŁO!

W pokoju konferencyjnym zapadła cisza.
Marlenka z Marianem patrzyli na siebie nadal nabzdyczeni, Gustaw kontemplował swoje paznokcie. W pewnym momencie wstał klepnął mnie w ramię i powiedział: załatw to, wierze w ciebie.

I wyszedł.

Tagi: Gustaw kopro Marian Marlenka
18:14, pokolenieikea
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 maja 2012
Wściekłość

Marlenka zaczęła powoli wpadać w depresję.

Jeszcze trochę i skończę jak Krzysztof - myślała ponuro, łykając kolejny deprim.

Chociaż nie, jemu to może już być tylko lepiej - ploty biurowe rozpełzające się wszędzie jak wszy albo informacja po sieci - wskazywały, że Krzysztof kogoś poznał. A jeśli kogoś poznał, to napewno się pozbiera ze swojego dołka.

Choć Marlenka i tak uważała, że to jakaś ściema. Nie była sobie w stanie wyobrazić żeby jakakolwiek racjonalna kobieta związała się z gościem, który w skarpetkach wchodzi do wanny  po to aby je uprać.

Poza tym Krzysztof był zwyczajnie dupowaty i jeżeli ktokolwiek by ją zapytał o zdanie lekko autystyczny.

Dotknęła grzbietem dłoni czoła - ciągła gorączka. Westchnęła ciężko.

Bydlak, jeden i drugi, Mąż i Marian. Jeden i drugi wart siebie. Mężczyźni - prychnęła. Żałosne, małostkowe, nieodpowiedzialne, niewierne dupki.

Wydawało jej się, że wszyscy wszystko wiedzą i całe biuro rzuca jej szyderczo-współczująco-ironiczno-drwiące spojrzenia.  

Marlenka była twarda i przybrała żelazną maskę jak Margaret Thatcher.

A przecież nie chciała od facetów niczego wielkiego. Wymagała tylko trochę najzwyklejszego szacunku!

Szacunku! Kurwa! Jego! Mać!

Szacunek - myślała zawzięcie. Choćby miała w  zakonie skończyć, następnym razem, tak to nie będzie wyglądało. Następny facet zostanie nakręcony jak zegarek i będzie chodził dokoła niej jak zegarek! Z dokładnością co do milisekundy. Już ona się o to postara.

Niech zdechną, jeden i drugi, mój mąż i Marian, niech zejdą mi z oczu, albo niech zostaną pedałami i zwiążą się węzłem małżeńskim - w tym właśnie tonie hasały sobie różne myśli po głowie Marlenki.

Waliła wściekle w klawiaturę niczym drwal w programie na Discovery.

Ej? A co to? - zdziwiła się.

Jej komputer zamiast wyświetlać "z" wyświetlał "y", a zamiast "y" literę "z".

Wołać informatyka? Prosić o pomoc? Nie no, wstyd. Jak zwykle powiedzą, że głupia baba.

Co jest? Czemu zet jest yyyy, a yyyyy zeeeet? Nagła bezsilność spowodowała, że łzy zaczęły jej się cisnąć do oczu. Z wściekłości złapała za leżący na biurku kodeks i rzuciła nim z całej siły w ścianę.

Za męża, za Mariana, za męża, za wakacje rodziców, i za pierdolone w dupę szarpane skarpetki!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Ulżyło jej.

Wyłączyła koputer i włączyła go jeszcze raz.

Wszystko było ok.

Straciła kilka stron pozwu i co z tego? To była jej praca nie kogoś, odtworzy. Przez chwilę nawet poczuła dumę, była samodzielna.

Tagi: konsorcjum kopra Marlenka
12:27, pokolenieikea
Link Komentarze (6) »
środa, 09 maja 2012
Aptekarka

- Dasz ognia?

Cisza. Krzysiek stał wyprostowany jak słup elektryczny i patrzył w dal. Konkretnie w znajdującą się 3 metry od niego ścianę. W zgiętej ręce tlił mu się papieros-cienias.

- Krzysiu słonko, kopsnij fajera - powiedział Marian.

- Cco... chciałeś? - przecknął się.

- Szlugtajm jest. Po raz trzeci składam do ciebie formalny wniosek o odpalenie mi papierosa.

- Aha - gorączkowo przeszukał kieszenie, wygrzebał zapalniczkę i odpalił podstawiając mu pod nos.

- I jak tam majówka? - zagaił Marian niezobowiązująco.

- Eeee w porządku.

- Podymałeś coś panie kolego? Wyrwałeś jakąś schizofreniczną miłośniczkę małych kotków?

- Ke? - Krzysztofa zamurowało.

- Wiesz, wy pokolenie internetu macie jakieś swoje dziwaczne zwyczaje godowe. To jak było jakeś bara- bara czy nie?

- Umówiłem się z aptekarką - wypalił Krzysztof nagle.

Marian był ewidentnie zaskoczony.

- Ty? Kiedy? Brawo Krzysiu, jogi-babuu, nie znałem cię od tej strony, kolejne bariery połamane.

- W trakcie majówki mieliśmy spotkanie, byliśmy w kinie, na jedzeniu i na pokazie fontann.

- Nie pojechała nigdzie w Polskę jak wszyscy?

- Nie, nie pojechała.

- No i jaka jest? Wylądowaliście w łóżku? - drążył dalej Marian niczym górnik węgiel na przodku.

- Ej - obruszył się - ona nie jest z takich.

- Tylko nie przechodź z nią tego momentu, kiedy stanie się jedną z takich.

- Spierdalaj Marian - Krzysztof wypalił wyraźnie urażony.

- No dobra, przepraszam kolegę mecenasa za te supozycje - Marian poklepał go pojednawczo po ramieniu. - Powiedź coś o niej.

- Ona jest piękna! Atletyczna, wysportowana, mojego wzrostu, kasztanowe włosy, superstaranny makijaż na twarzy!!!

- Dobrze, że aktywnie uprawia sport, kolega będzie miał duża radości w nieodległej przyszłości - samo się zrymowało.

Krzysztof chyba odpłynął, nic mu nie mogło przerwać.

- Ma ciemnoczereśniowe oczy.

- Chyba brązowe - Marian się zdziwił.

Krzysztof odpowiedział spojrzeniem wyniosłym pełnym pogardy.

- Ty nic nie rozumiesz - wycedził dobitnie - ma oczy ciemnoczereśniowe... wiesz, koloru takich czereśni najbardziej robaczywych, tak dużych, soczystych, ciemnych, że prawie czarnych, które jak widzisz, to krzyczą do ciebie ZJEDZ MNIE.

- ....?

- Jej oczy błyszczą jak...

- U zdrowej klaczy? - podpowiedział Marian usłużnie.

- Niech będzie, jak u klaczy...

- Jakby zażywała jakieś środki dopingujące?

Krzysztof nawet nie zauważył pytania tylko w dzikim szale ciągnął dalej. - Bardzo ładna buzia, cudowny nosek, kości policzkowe lekko skierowane w górę.

- A jak piersi, co z nimi?

- A po co ci to wiedzieć?

- No nie mów, że nie oceniałeś, dobra, opowiesz mi o cyckach i się rozchodzimy.

Krzysztof patrzył zupełnie z góry, od tego strasznego spojrzenia Marian się aż cofnął. Zakochani ludzie w szale są nieobliczalni.

- Dla twojej wiadomości, powiem, że ONA jest zja-wis-ko-wa... a piersi ma nie takie znowu duże, za to młode i sprężyste. Zresztą - Krzysztof machnął ręką jak robotnik portowy - co ty tam wiesz o życiu.

Tagi: konsorcjum kopro Krzysztof Marian
12:18, pokolenieikea
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 maja 2012
Grill 2

- A skąd ty się wziąłeś wujek? - zapytał wujka Janka JO.

Wujek Janek, lat 80, brat babci, nazywany wujkiem,  przyjeżdżał na wieś dużym fiatem w czasach kiedy na wsi jeździło się maluchami, a następnie polonezem, kiedy innych było stać na dużego fiata. Mimo schorzeń i rzadkich odwiedzin ciągle pozostawał tym samym miłym panem, który trzymał ze wszystkimi. Jego żonie, jeżeli była razem z nim, gęba się nie zamykała. Potrafiła zagadać człowieka na śmierć.

Wujek Janek ma cukrzycę i jakieś inne magiczne schorzenia. W zasadzie nie powinien pić. Ale od tej zasady wprowadzał liczne wyjątki wychodząc z założenia, że na coś umrzeć trzeba.

- Wesele Jantarów jest w sobotę, będę na nim i pić nie mogę, bo Maciek mój, który jest chrzestnym pani młodej przyjeżdża i on będzie tańcował. Ja będę jechał z powrotem - wyjaśnił rezolutnie. - Bo rodzina jest najważniejsza - wujek Janek łypnął znacząco na ojca. - Nieważne, że z Ryśkiem się aktualnie żresz, jak będzie startował do gminy masz go popierać.

- Jaaa? Jaaaaaa? - zaperzył się ojciec.

- Tak ty, to jest ważne, ty jemu pomożesz, on tobie pomoże. Czas nie gra roli. W każdej chwili może się coś zdarzyć. Musimy sobie pomagać.

- Mi to on może na wuj skoczyć!

- Niech ci skacze gdzie chce, masz głosować za nim.

- Wiesz co on mi zrobił?

- Mi też zrobił, ale ja się na niego nie gniewam. Wybaczać trzeba - wujek Janek znacząco podniósł w górę palec wskazujący.

Kilka chwil później.

- Wasz ojciec jak był młodszy, to się z nim nie dało dogadać.

- Co ty powiesz wujek?

- No. Nawet nie próbowałem. On pewnie kiedyś na nadciśnienie i cholerę zejdzie.

Kilka chwil później.

- Wasz dziadek jak był młody, jak wypił, też białej gorączki dostawał.

- Pamiętasz to? - zapytał JO.

- Pamiętam, w wojsku już oficerem byłem, czasem przyjeżdżałem. Dopiero później mu przeszło.

- Ja nie pamiętam - poskarżył się ojciec.

- Bo gówniarz wtedy byłeś.

Kiedy JO się ocknął było ciemno, leżał podparty jak menel o ścianę garażu. Pod dupą miał twardą deskę.

Podniósł się i poczłapał do domu.

Drzwi były zamknięte.

Walić? Nie walić???

We łbie czuł jak łopatami macha helikopter więc olał sprawę  i poszedł spać na siano do stodoły wujka. Około godziny 9-tej obudził zupełnie zdrowy.

Ewentualnie jeszcze pijany a kac miał dopiero przyjść później. Obok kura dziobała w klepisku. Wciągnął w nozdrza zapach siana i wyciągnął zza koszuli kłujące go w plecy nitki.

Poczłapał do domu. Przy stole siedział wujek Janek i chłeptał biały barszcz.

JO zaczął z pretensją.

- Mama! Dlaczego mama drzwi zamknęła?

- Ja nawet nie wiedziałam, że jesteś!!!!! Byłeś z tymi pijakami? Mówiłam, żebyś przyszedł do domu! Widzisz, jacy oni są. Janka spili i przywlekli za ręce. Chorego człowieka!

- Hihi - zachichotał wujek Janek - wiesz Marysiu, świetny barszcz.

Chwilę chłeptał zupę.

- Wiesz JO? Jak się ocknął to nie wiedziałem gdzie jestem. Otworzyłem oczy, a na mnie patrzy wasz pies, to się połapałem. Twój ojciec pędzi dobry bimber. Już nie pamiętam, kiedy film mi się zerwał.

Tagi: konsorcjum wielkie JO
13:47, pokolenieikea
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 maja 2012
Grill

Wielki JO ruszył w trasę.

Majówka sprzyjała objechaniu wszystkich, tu ciotka, tam wujek, tu dzień, tam dzień.

- Dzień dobry JO, ale ja cię dawno nie widziałam! Urosłeś!

- Eeee tam ciociu, tylko wszerz.

- Co ty opowiadasz! Mizernie wyglądasz, na szczęście przygotowałam obiad.

Wszędzie pitu, pitu o mydle i powidle, obiad, długie pogaduchy o aktualnych schorzeniach, obiad i o tym jakie aktualnie przymierza w klanie obowiązują i następnego dnia ciach w dalszą drogę. 

Więc jadł. I przytył w cztery dni trzy kilo.

Czuł się jak gwiazda rocka. 900 kilometrów w trasie i na koniec trzy dni koncertu w wiejskim gnieździe z którego pochodził.

Żona z dziećmi i teściami wybrali się nad morze.

JO czuł, że ten kierunek zdecydowanie nie będzie mu odpowiadał, zawczasu już, po wielostronnych, starannych negocjacjach udało mu się z tego koszmaru wymiksować.

Po raz kolejny pokrył się gęsią skórką, kiedy mu się przypomniały rozmowy z żoną. Były dużo trudniejsze, niż docieranie tłustych kontraktów.

Jest coś w kobitach - myślał z zadumą, skręcając z głównej drogi. Zawsze i wszędzie w rozmowie wyciągną coś zapomnianego, zleżałego - np. sprawę niedokończoną, zostawioną złośliwie na później, czy coś co powiedział kiedyś - czym dźgną, uderzą nagle i podstępnie, nie spodziewasz się, a tu ciach.


Ostrożnie i cichaczem, prawie na palcach, podjechał pod bramę. Zgasił silnik.

Wcześniej rozmawiał z matką, która nakazała mu bezwzględnie po przyjeździe przyjść od razu do domu i jak ognia piekielnego unikać ojca wciągającego go do garażu.

Bo inaczej znów skończy się na chlaniu.

Skradał się betonowym chodnikiem. Już za róg do drzwi skręcał, kiedy usłyszał:

- Psssst!

Rozejrzał się, Bliźniak machał na niego zza garażu ręką.

Przykaz dotyczył garażu i ojca, a nie tego co było za garażem i Bliźniaka, więc nie zwlekając poszedł za garaż, postanawiając w duchu, że postawi srogi opór, jeżeli ktoś będzie chciał go wciągnąć do strasznego garażu.

Za garażem znalazł stół, Bliźniaka i wujka Janka, sześć pieńków, talerze z kiełbasą i karkówką, musztardę sarepską, no i rzecz jasna ojca.

Z obrzydzeniem zarejestrował też dziwny twór, chyba grill, zrobiony z pustaka. 

Ale rozpalony był bardzo poprawnie. Węgiel drzewny delikatnie ogrzewał mięso, broń Boże nie trzymając go w płomieniach a sam ruszt co JO odnotował z wyraźnym zadowoleniem znajdował się zgodnie z regułami sztuki pod lekkim kątem.

- No nareszcie mecenas! Nie mogliśmy się ciebie doczekać - Bliźniak dorzucił na grilla na oko z kilogram kiełbasy, spojrzał krytycznie na JO i z podręcznej lodówki dołożył plaster karkówki na oko mający z pół kilograma.

JO prawie się rozczulił.

- Twój kieliszek, pij! - ojciec polał białej cieczy z dużego słoika, z zieloną plastikową zakrętką.

- Ej tata, daj spokój, mama mówiła, że najpierw mam iść do domu – słabo zaprotestował.

- No dalej. Spróbuj, najświeższy wyrób. Na cukrze z groszka.

- Z czego?

- Z groszka, tego sklepu - wjaśnił ojciec. 

Przyjemny, śliwkowy posmak, nie czuł drożdży.

- Trzy plus za brak drożdży. Tata, coś ty ukręcił?

- 55 proc. - ojciec patrzył, oczekując oklasków.

CDN


Tagi: konsorcjum majówka wielkie JO
14:57, pokolenieikea
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 maja 2012
Impreza

Stoliki z żarciem stały po prawej stronie. Z winem i wódką po lewej. Pośrodku kłębił się tłum ludzi.

Miałem ewidentnie za ciasne buty.

- Gdzie idziesz? – zapytałem Olgę.

- Z ludźmi się przywitać.

- Zabobon – burknąłem i poszedłem po wino.

--- 

- Cześć Anka.

- Cześć Olga.

Kobiety pocałowały się w okolicach uszu.

- Wina?

- Nie mogę pić. Dziś w nocy zamierzam zajść w ciążę – Anka uśmiechnęła się zalotnie.

- Z kim?

- Jeszcze nie wiem. Może z nim? Co to za koleś z którym przyszłaś? Fajny blondyn.

- Czarny?  Kolega z pracy.  Przedstawić cię?

- Może później – Anka przechyliła głowę. – Coś Olga jakby większa jesteś. Nie przytyłaś ostatnio?

Olga udała, że nie dosłyszała i uśmiechnęła się do przechodzącego obok przystojnego bruneta w butach Nike.

- A jak ci idzie szukanie nowej pracy? – zapytała słodko.

- Mam w poniedziałek rozmowę. Ooo widzę Karolinę. Pójdę się przywitać. To na razie kochana.

--- 

Olga przyszła do mnie kiedy napoczynałem drugi kieliszek wina.

- Ta rudawa blondyna leci na Ciebie.

- Wiem – pochwaliłem się wgryzając w kawałek faszerowanego mydlinami kurczaka i zastanawiając się w co wytrzeć rękę. – Co za paskudztwo. Gapiła się na mnie.

- Anka? Wredna jest ale w sumie dość ładna.

- Kurczak jest paskudny. A ona ma małe cycki.

- Ty ciągle o jednym – westchnęła znudzona Olga. – O zobacz jaki tam jest fajny brunet! Ten w czarnych butach Nike. Pójdę się przywitać z Lidką.

- Spoko. Ja przywitam się z lasagną.

Przesunąłem się strategicznie w kierunku stolika z czymś co wyglądało jak sałatka nicejska, lasagną ze szpinakiem oraz  brokułami.

Nakładałem sobie właśnie hojnie gdy brunet w butach Nike podszedł do mnie.

- Cześć Sławek.

- Cześć Czarny.

- Jak tam Twoja architektura?

- Tak samo jak Twoje prawo.  Kim jest ta czarnulka z którą przylazłeś?

- Olga. Podoba ci się?

- Ładna. Wolna?

- Chyba tak. Ale na twoim miejscu bym uważał. Ma pewne problemy khem zdrowotne.

- Tak?

Kolega mi mówił, że ma wysypkę…

- Taaaak???

 - W miejscach intymnych – zełgałem bezczelnie.

- Coo????

- Ale ponoć już się wyleczyła – dodałem i po namyśle do lasagne dołożyłem wielki kawał czekoladowego brownie.


15 minut później.

- Ty Czarny, czy ze mną jest wszystko w porządku? Nie mam żadnej plamy albo coś? – Olga była wyraźnie zaniepokojona.

- Nie a co? – zdziwiłem się.

- Podeszłam do tego bruneta żeby z nim zagadać. Ledwo się do niego uśmiechnęłam a uciekł.

- Ee to gej, nie przejmuj się nim.

- Znasz go?

- Taaaa. Chodził kiedyś z moją kumpelą.

- Gej?!

- Zerwał z nią bo się okazało, że jest właśnie gejem.

Skończę w specjalnej części piekła gdzie są faceci nie lubiący dużych piersi i osoby gadające w kinie – pomyślałem.

- Ale oprócz tego był zwyczajną pizdą – dodałem.

- Aha.

- Robię G. wieczór kawalerski – pochwaliłem się.

- Czyli gołe Ukrainki i wóda?

- Wolałbym tego uniknąć. On chce skakać na spadochronach.

- A Ty?

- A ja wolałbym tego uniknąć. Podobnie jak pozostali uczestnicy.

- Chicken!

- Chcieliśmy go wywieźć na Białoruś i zrobić mu wieczór kawalerski w Mińsku ale on nie chce bo się boi.  To pomyślałem o Amsterdamie. Ale oni przegłosowali prawo, że obcokrajowcom się nie sprzedaje zioła więc nie mamy po co tam jechać. A poza tym część gości i tak by tam nie pojechała.

- To co wymyślisz?

- Nie wiem właśnie.  Ukrainki?


Tagi: Geralt olga
20:05, pokolenieikea
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 maja 2012
Friends

- Nie mogłabym się umawiać z facetem 10 lat młodszym - stwierdziła Olga.

- Wyobraź sobie że masz 90 lat.

- A on 80. Niby wtedy różnica wieku przestaje być tak istotna?

- Nie o to chodzi. Mając 90 dych zastanawiałabyś się jak to jest chodzić z 25 latkiem.

- Firends!

- Pamiętasz to jeszcze? – zdziwiłem się.

- Jasne. Pierwszy serial.  Przed epoką serialową. Oglądałam to na 15 calowym monitorze z kineskopem mieszkając w bloku z wielkiej płyty na Bródnie. Po każdym odcinku gadaliśmy o tym ze znajomymi na ircu. Jeszcze nawet dobrze internetu nie było. Trzeba było się łączyć przez dostępowy do TPsy.  Ależ mi się podobała Jenifer Aniston! Znajdź mi kobietę, która nie chciała być obcięta jak ona!

 

- Wiesz, że przed emisją pierwszego odcinka producent wziął ich prywatnym jetem do Las Vegas, zabrał na kolację i powiedział: to ostatnia chwila kiedy możecie zjeść coś nierozpoznawani? Najsławniejsza była wtedy Courteney Cox. Bo wystąpiła w teledysku Springsteena.

- A później w ósmym sezonie dostawali po milionie dolarów za odcinek. Nieźle co? – pokiwała Olga z uznaniem.

- Po milionie bo założyli związek zawodowy i razem negocjowali równe wynagrodzenie dla każdego – ziewnąłem.

- A tak nawiasem mówiąc po co ci było to malowanie?

- Zadzwoniłem do ojca.

- ???

- Powiedziałem mu, że pomalowałem kuchnię.

- A on co na to?

- Zapytał czego się nauczyłem. To odpowiedziałem, że tego, że nie należy oszczędzać na wałkach bo słabymi maluje się dłużej. I że zanim weźmiesz się za wałek trzeba pędzlem pojechać po rogach

- I?

- Odpowiedział, że najlepsze wałki są niepuszyste, wiesz takie lekko twarde. Aha i mówił jeszcze, że dobrze jest nowy wałek delikatnie obrobić papierem ściernym zanim zaczniesz malować.

- Aha.

- I że wygrałem zakład.

- Założyłeś się z ojcem, że pomalujesz kuchnię???

- On się zakładał, że nie pomaluję.

- A o ile?

- Standardowo o 2 zeta – wzruszyłem ramionami.

- 2 zeta?

- Równowartość najtańszego piwa.

- I uważasz, że było warto?

- No pewnie, że tak.


 

Tagi: friends olga
14:44, pokolenieikea
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52
następne
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Pokolenie Ikea C. Piotr
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 2
zamów newsletter
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog